Tytuł dziwaczny, choć czytelnikom Ernsta Blocha może się kojarzy. Teza, że istnieją dwa Absoluty, ten na Niebie i ten na ziemi, to z kolei Hobbes. "Bóg śmiertelny".

Teza: naród polski musi się na nowo określić po kilku stuleciach poddaństwa i - mniej lub bardziej deprawującej niewoli. Normalny, żywy naród sam określa swoje przeznaczenie. Ma ideę, wypracowaną przez jego elity, ale w związku z całą społecznością i jego warstwami: od klas posiadających biedotę. Zwykle ta idea, czy może idee wcielone w życie są wypadkową możliwości do konceptów: ot, opór materii i konieczność kompromisu. Piłsudski i Dmowski, Witos i Pużak, Paderewski. Ideonośców, zdolnych myśl wcielić w czyn, nazywamy mężami stanu. 

Polska/naród polski jest po kilkuwiekowej traumie. Jest po wielkiej przegranej: zabory, II RP, który właściwie kształtowała swoją samoświadomość i byt, tak w dziedzinie myśli, jak czynu (ekonomii), II WŚ z jej symbolami: hitlerowcy wybili nam nauczycielstwo w Poznańskiem, Sowiety kadry militarne. Zainstalowani, marginalizowani przez większość socjalistów polskich komuniści, podlegli Moskwie, połączyli w możliwie najgorszy sposób cechy ustrojowe i społeczne, pod pozorem dowartościowania ludu, rozumianego jako najwartościowsza część narodu.

W rzeczywistości ten lud okłamali i upodlili. I my wszyscy jesteśmy właściwie z tego ludu: okłamywanego i upodlonego. A co w nim było wartościowe, to mogło przetrwać za cenę konformizmu i serwilizmu, albo nie przetrwało. Bo kto nad mniej lub bardziej liczne przywileje PRL cenił prawdę, ten, jeśli mówił to wprost i głośno, albo był usuwany w cień, albo umierał śmiercią nienaturalną.

A komuniści mieli to do siebie, że zabijali i męczyli i "swoich" i obcych. I polskich socjalistów, bo przypominali im niewygodną prawdę o ich własnym zaprzaństwie i utopijności i obcych: katolików/wierzących. Bo przypominali im, że istnieje konkurencyjna dla nich Prawda. I oni, chowani na "Prawdzie", nie mogli tej prawdy znieść.

Antyteza: My, dziś, jeśli traktujemy polskość serio, czyli np. zdajemy sobie pytanie, dlaczego nie ma polskich banków, albo dlaczego inne mity narodowe są bardziej nośne od naszych, dysponujemy pewnym określonym zasobem wyobrażeń i wspomnień.

Tu napiszę rzecz może dla kogo nieprzyjemną: jesteśmy narodem walki, nie pracy. W naszym hymnie są jasne odniesienia militarne, w pieśni, którą niegdyś wolno było słuchać tylko na stojąco jasno powiedziano:

I poszli zabijać i mścić! I poszli - jak zawsze - uparci! Jak zawsze - za honor się bić!

Naszym największym wspomnieniem narodowym jest Powstanie Warszawskie, a nie dzień narodzin wybitnego chemika, fizyka czy naftowca. A dzieje naszych politechnik, dzieje AGH wskazują, że mieliśmy takich sporo. Zresztą, jutro albo pojutrze, żeby nie dublować własnych notek, wrzucę na bloga OBYWATELA recenzję książki Mirosława Wawrzyńskiego pt. "Samopomoc i samoorganizacja Polaków od XIX do XXI wieku". Uważam, że książka ta powinna być pozycją obowiązkową. Na drugę nóżkę do eseju prof. Legutko na temat "duszy polskiej".

Ale tego w powszechnym myśleniu nie widzę. W powszechnym myśleniu jest bieżączka, kolesiostwo i tumiwisizm. Też jestem tego częścią i choć się staram, to wiem, jak "mojość" wygrywa z troską o dobro wspólne. Ale to dobro wspólne trzeba zdefiniować. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: po co nam Polska? A może to byt zaprzeszły? Nieważny?

Uważam, że nie. Że Anglicy, Francuzi, Amerykanie wciąż budują na tożsamości narodowej i lojalności wobec swoich kraj i tego, co z nimi kojarzą. To nam próbuje się wmówić, że powinniśmy być "europejczykami", albo że kwestie narodowe są wtórne. Nie są. Są pierwotne. Oczywiście, ktoś, jeśli chce, może czuć się związany ze ze złotem, dolarem, marihuaną, wódą, prestiżem. To są rzeczy jednostkowe. Ale pierwotnie każdy jest związany z miejscem swoich Rodziców. Nawet jeśli urodzi się w samolocie...

Synteza:z Dziada szlachetka zaściankowy (piękne nazwisko, Wołodźki walczyli przeciw Sasom), z Babki Żyd. Z drugiego Dziada krawiec, z Babuni "Matka Polka". Serio: moja Babcia, Matka mojej Mamy wychowała siódemkę. A gdyby sięgnąć pamięcią dalej?

Ale mam takie poczucie, że w moim pokoleniu nie zobaczę takiej Polski, o której marzę. Sprawiedliwej, przyjaznej ludziom, dobrej. Nie mam złudzeń. I nie chodzi tu o polityków. W końcu oni nie wzięli się znikąd. Tak jak my są uwikłani w polską historię. W codzienność. Jedni na gorsze, inni na lepsze. Nasze elity też nie wzięły się znikąd, lokalni bonzowie i gminni samowładzccy, faceci i kobiety sterujące miejscowymi urzędami.

Moja J. w pierwszej pracy co miesiąc oglądała wypicowaną babulę z PIP, która przy dziewczynach ostentacyjnie mówiła, że przyszła po kasę na kosmetyki. Żałuję, że nie pamiętam nazwiska tej kobiety. Tak jak żałuję, że nie pytałem o nazwiska wszystkich przedstawicieli mojego państwa, którzy za "drobne korzyści finansowe" proponowali mi ułatwienia w różnych procedurach albo puszczali oko gdy trzeba było coś załatwić. 

Mam wrażenie, że są dwa rodzaje biurokracji: taka, która w normalnym współczesnym państwie chce służyć obywatelom i taka, która jest po prostu zakładniczką klientelizmu.

Nasze państwo wisi na takich drobiazgach. I jedyna nadzieja w tym, że przyjdzie jakieś przesilenie. A jeśli nie, to zapomnijmy o Polsce. Bo "śmiertelny Bóg" kiedyś musi umrzeć. A jeśli to jest agonia, to cholernie długo trwa.:-(